Żyćko :) – opowieść Piotra na Nowy Rok
Nie pamiętam czy było to rok temu czy już dwa. Nie pamiętam czy ten pociąg z Warszawy jechał do Poznania, Gdańska czy Krakowa. Właściwie nie pamiętam po co tam byłem i po co jechałem. Nie pamiętam jakiego koloru miały włosy, ile mogła mieć wzrostu. Kolor oczu? Nawet chyba nie zarejestrowałem wtedy, a dziś już rozmył się w ogólnej bieli i szarości topniejącego za oknem śniegu. Szczerze to po twarzy bym jej już dziś nie rozpoznał, mógł niechcący nawet minąć na schodach ruchomych w metrze bez pozdrowienia. Ale pamiętam to spotkanie.
Nie miałem miejscówki, nawet Wars był pełen tych szczęściarzy, co zdążyli skutecznie zasymulować, że potrzebują całe 3 godziny na tę kawę. Nie, żebym był od nich lepszy, bo sam bym może podobnie zacwaniakował, ale nawet nie miałem takiej możliwości. Tak uczciwie to nawet nie wiem czy za oknem był śnieg czy ustanawialiśmy rekordy środkowoeuropejskich tropików.
Podeszła do mnie. Nie, że jakaś romantyka, czysta proza codzienności. Ot bilet chciała sprawdzić. Nie wiem, czy też masz takie doświadczenie, że konduktorzy dzielą się na tych skrupulatnych i tych mniej skrupulatnych. Osobiście preferuję ten drugi typ, którym jak migniesz w telefonie QR-em swojego biletu lecą dalej, czasem nawet życzą Ci miłej podróży. Ten pierwszy typ jeszcze prosi o dokument i to bywa upierdliwe, szczególnie gdy nie ma zasięgu i appka naszego governmentu postanowi się nagle aktualizować. Ale ja ich rozumiem, muszą mieć pewnie w horoskopie silniej obsadzonego Byka czy Koziorożca, więc nie mam do nich żalu. I wiesz co, to nieważne, w jej wypadku nawet tego nie pamiętam, nie zodiaku, tylko czy o te papiery mnie spytała. Ale zapamiętałem co innego.
Jej nadgarstek. Rzadko kobietom patrzę akurat na nadgarstki, a Ty jak masz? Ale tutaj akurat spojrzałem.
„Żyćko :(”.
Taki miała tatuaż, taki napis. Lakoniczny. W punkt. W miejscu, gdzie ludzie jak sobie coś tatuują to jeśli nie jakiś sanskryt czy łacinę, to chyba raczej coś takiego co by podnosiło jakoś w górę. Że są marzenia. Że warto. Że dasz radę. I tym podobna prosta psychologia pozytywna codzienności. Bo to ważne jakoś się tak bardziej na „tak” nastawiać niż tak od razu na „nie”. Tak bardziej na uśmiech niż smuteczki. Tak bardziej na sukces niż porażkę, którą znowu w najlepszym razie zintegrujemy jako kolejną lekcję. Myślę, że naprawdę nie trzeba być Tonym Robbinsem by o tym wiedzieć i pamiętać. Ale jednak, ona tam miała to swoje smutne „żyćko”.
I wiesz, chciałem ją zapytać. Czemu. I dlaczego tak akurat. I trochę tak może nie, że od razu poflirtować, ale tak zwyczajne, usiąść czy postać i pogadać, jakoś pozytywnie ją nastawić. Spytać czy widzi dziś jakieś powody do uśmiechu. Zażartować czy na drugim nadgarstku wytatuowałaby sobie dla równowagi to samo życko ale już takie na plus, z takim nawiasem w lewą stronę. Może nawet miałem ochotę zacząć jej nawijać o Jodze Śmiechu i Psychologii Pozytywnej, że tego optymizmu to naprawdę można się nauczyć. Lub wręcz przeciwnie byłem gotów, by przestać uprawiać zupełnie o to nieproszony pozytywną propagandę, która i mnie denerwuję gdy mam gorszy nastrój. Ale za to tak empatycznie spytać o to, co się stało i skąd ten tatuaż. Przecież wiemy, że one nie są randomowe, myślę, że jak ci wszyscy faceci, których widzę w saunach czy pod basenowymi prysznicami gdy dziergali sobie te wszystkie krzyże na plecach, diabły, ziejące ogniem smoki, krzyczące cholera wie jakie demony, po prostu czuli się samotni i przygniecieni swoim „żyćkiem”. Tylko tyle i aż tyle.
No dobrze, przejdźmy do rzeczy, wiesz co jej powiedziałem?
No dobra, będę z Tobą szczery, no niestety nic nie powiedziałem. Czasem bywam zbyt nieśmiały. A może nie? Może właśnie bywam adekwatny na linii śmiałość – nieśmiałość. Dbam by już nie dowalać sobie, wręcz idealnie czuję energię, kiedy jest w drugiej osobie otwartość na rozmowę, a kiedy jej nie ma i w zależności od tego mówię lub milczę. Rzuciłem więc pewnie jakieś „wszystkiego dobrego” lub „pięknego dnia” i puściłem ją dalej.
W ogóle jak chcesz mnie poznać trochę bliżej to wiedz, że mówię „pięknego dnia”, nie „miłego dnia” by jakoś mówić tak troszkę inaczej niż wszyscy, nie brzmieć jak typowy sprzedawca z pierwszej lepszej sieciówki. Choć szczerze, mam ostatnio taki proces układania się ze swoją zwykłością. Że nie muszę zawsze być oryginalny, kreatywny, kolorowy, niezwykły, jakiś inny. Że taka ludzka zwykłość to czasem coś dobrego, ciepło, taka normalność, która daje nam poczucie bezpieczeństwa, to co w Indiach określa się jako „sattwiczne” czyli dobre, karmiące, właściwe.
Takim moim przełomem było ścięcie włosów, którego dokonałem stosunkowo niedawno, tuż przed 40-tką. Wcześniej przez ponad 20 lat długie włosy właśnie dawały mi taki vibe, że ja jestem takim „alternatywnym” mężczyzną, innym niż większość. Teraz cieszę się, że wyglądam jak normalny facet. Podobnie miałem z dżinsami. Kiedyś były dla mnie zbyt pospolite, nosiłem sztruksy, lniane spodnie, alibaby, szarawary, na specjalne okazje raz do roku lungi z Tamil Nadu, taką indyjską „sukienkę” dla mężczyzn. Dziś dobrze mi w mega normalnych dżinsach jako taki ja taki po prostu, ani lepszy ani gorszy niż inni.
No właśnie ale znów zacząłem o sobie, a miałem o tamtej pani. Ale wiesz, że tylko poprzez siebie, to co takiego zupełnie naszego w nas ten świat na zewnątrz uruchamia, możemy skutecznie dotrzeć do serca drugiego człowieka? To tak zostawiam, takie ziarno, niech w Tobie pracuje, jeśli tylko chcesz. W każdym razie co mogę powiedzieć o tej kobiecie, poszła sobie nawet nie wiem czy w stronę lokomotywy czy sinej dali, którą lubię obserwować gdy tylko mogę na samym końcu pociągu, tam gdzie są zamknięte ostatnie drzwi i gdzie widać więcej. Tam, gdzie naprawdę można poczuć, że zwykły przejazd z Warszawy do mojej rodzinnej Łodzi czy Waszych Siedlec czy dajmy na to Radomia, choćby i po raz tysiąc siedemset pięćdziesiąty piąty, może mieć smak wielkiej przygody.
Poszła, ale nie odeszła. Została ze mną w jakiś tam sposób, bo całą drogę do zapomnianej destynacji myślałem o niej przez to jej zapłakane żyćko na nadgarstku. I jak widzisz minął kolejny rok, a ona dalej ze mną podróżuję, a dziś, choć nigdy nie poznałem Jej imienia to właśnie Tobie ją przedstawiam. Magda. Zosia. Gosia. Może Ewa. I Piotr. Poznajmy się.
**
Dziękuję Ci za lekturę. Miałem olbrzymią frajdę z napisania tego tekstu opartego oczywiście o autentyczne przeżycia.
Przy okazji daję znać, że otwieram przestrzeń do pięknego autentycznego spotkania i wspólnego spróbowania by nasze emotikony przy życku odwróciły się w tą cieplejszą stronę: 13.2 godz 18-21 w Warszawie – mój warsztat Jogi Śmiechu i Playfulness w Zdrowiej Tu w cenie 195 zł do 20.1.
Niebawem też 21-22.2 Wielka Przygoda dla Odważnych dusz gotowych na nowe zawodowe drogi i ścieżki pasji Kurs Instruktora Jogi Śmiechu – Warszawa.
Jak masz ochotę skorzystać z tego co proponuję lub po prostu coś dobrego mi powiedzieć, bardzo się ucieszę.
Najszybszy kontakt: SMS/ WA +48607473322
